Nie przytyłam dlatego, że „za bardzo lubiłam słodycze”

Nie przytyłam dlatego, że „za bardzo lubiłam słodycze”

Bardzo długo myślałam, że problemem jest „brak silnej woli”.

Że jestem za słaba.
Za mało zdyscyplinowana.
Za bardzo emocjonalna.
Za „łasa na słodycze”.

Dziś wiem, że ta historia zaczęła się z innego powodu.

Pierwszy raz przybrałam na wadze jako dziecko.

Moja mama musiała wyjechać na dłużej, a ja zostałam z tatą. Bardzo za nią tęskniłam, a jednocześnie nie chciałam sprawiać problemów. Chciałam być „grzeczna”. Wszystko ładnie jeść. Nie marudzić. Nie dokładać nikomu trosk.

Pamiętam uczucie samotności.

I słodycze…
które na chwilę przynosiły ulgę.

Dawały coś przyjemnego, kojącego.
Choć wtedy oczywiście nie umiałam tego nazwać.

Potem problem stopniowo narastał.

Nie potrafię opowiedzieć tej historii ze szczegółami i chronologicznie.
Może dlatego, że przez wiele lat sama próbowałam ją wymazać. Jakby nigdy się nie wydarzyła.

Ale pamiętam bardzo dobrze to uczucie, kiedy wracałam ze szkoły i nikogo nie było w domu.

Nerwowo szperałam po szafkach w kuchni.
Zaglądałam nawet do szuflad w pokoju siostry. Zawsze w poszukiwaniu czegoś słodkiego.
To był impuls, nad którym nie potrafiłam zapanować.

A potem przychodził ogromny wstyd.

„Chroniczny wstyd sprawia, że człowiek zaczyna wierzyć, że sam jest błędem.”

I właśnie ten wstyd napędzał wszystko jeszcze bardziej.

Bo kiedy czułam napięcie, dyskomfort emocjonalny i poczucie winy — znowu potrzebowałam czegoś, co choć na chwilę pomoże mi od tego uciec.

Więcej słodyczy.
Więcej ukojenia.

To trwało latami.

Byłam bardzo wrażliwą dziewczyną.
Słyszałam czasem, że nawet „przewrażliwioną”.
Dziś powiedziałabym raczej, że mój układ nerwowy był ciągle przeciążony i napięty.

Ale wtedy nikt nie mówił o regulacji emocji.
O zajadaniu stresu.
O tym, że jedzenie może stać się sposobem radzenia sobie z samotnością, napięciem albo trudnymi emocjami.

Nikt mnie tego nie nauczył.

I absolutnie nikogo za to nie obwiniam.

To były czasy, w których nie rozmawiało się o emocjach w taki sposób jak dziś.

Pamiętam też wstyd związany z własnym ciałem.

Miałam nadwagę i jestem niskiego wzrostu, więc bardzo szybko uwierzyłam, że „nie nadaję się” do sportu. Lekcje w-f często bardziej mnie zawstydzały niż zachęcały do ruchu.

Nawet przebieranie się w szatni było dla mnie krępujące.

I tak powoli zaczęłam nabierać przekonania, że „nie lubię się ruszać”.

Choć to wcale nie była prawda.

Jeździłam konno.
Tańczyłam.
Zimą jeździłam na łyżwach i nartach.
Latem na rowerze, później także na rolkach.

Lubiłam ruch.
Po prostu unikałam poczucia zawstydzenia.

Pierwsze próby odchudzania pamiętam z liceum.

I dziś, kiedy o nich myślę, widzę w tym przede wszystkim ogromną desperację.

Pamiętam tydzień jedzenia gotowanego brokułu i piersi z kurczaka. Bez przypraw. Bez przyjemności. Bez smaku.

To jedzenie dosłownie rosło mi w ustach.

Pamiętam jak kiedyś z głodu zrobiło mi się słabo w metrze.

Ale wtedy myślałam, że właśnie tak wygląda „skuteczne odchudzanie”. Że trzeba cierpieć. Zaciskać zęby. Odcinać się od swoich potrzeb.

Była dieta kapuściana.
Kopenhaska.
Były próby odmawiania sobie jedzenia tak długo, aż puszczały hamulce.

A potem pojawiły się napady kompulsywnego jedzenia.

Przez wiele lat nikomu o tym nie mówiłam.
Ani rodzinie.
Ani przyjaciółkom.

Nikt nie wiedział, z jak ogromnym poczuciem wstydu żyję na co dzień.

Wstyd dotyczył wszystkiego.

Mojego ciała.
Tego, że „tracę kontrolę”.
Tego, że robię rzeczy, których sama nie rozumiem.

Na studiach sytuacja pozornie się poprawiła.

Ale wcale nie dlatego, że „uratowała” mnie wiedza z zakresu dietetyki.

Napady kompulsywnego jedzenia wyciszyły się głównie dlatego, że zaczęłam regulować napięcie inaczej.

Uzależniłam się od nikotyny.

Mogłam przez cały dzień prawie nic nie jeść.
W ogóle nie czułam głodu.
Piłam kawę i paliłam przy każdej okazji.

Nadal najbardziej lubiłam słodycze.
Ale już nie jadłam ich tak kompulsywnie jak wcześniej.

Jeden baton „wystarczał”. Ale musiał być codziennie.

Dzisiaj aż trudno mi uwierzyć, że można tak funkcjonować przez tyle lat.

W takiej (nie bójmy się tego słowa) autodestrukcji.

Prawie się nie ruszałam.
Zarywałam noce.
Wplątywałam się w relacje, które bardzo mi nie służyły.

I chcę powiedzieć coś bardzo ważnego:

Nie oceniam dziś siebie z tamtego okresu.
Nie krytykuję.

To nie był świadomy wybór.

Zbyt wiele rzeczy nałożyło się na siebie przez lata.
I naprawdę uważam, że to nie była moja wina.

„Wiele zachowań autodestrukcyjnych to desperackie próby samoregulacji.”

Na studiach masa ciała trochę spadła.
Nie miałam już nadwagi, ale to nie znaczy, że moje ciało było zdrowe.

Przełom przyszedł dopiero na koniec studiów.

Poznałam mojego przyszłego męża.

Człowieka, przy którym naprawdę poczułam się:
akceptowana,
kochana,
bezpieczna.

I to właśnie od poczucia bezpieczeństwa zaczęły się największe zmiany w moim życiu.

Nie od diety.

Od rzucenia palenia.
Od gotowania w domu.
Od większej ilości warzyw na talerzu.
Od wspólnego, aktywnego spędzania czasu.
Od rozwoju osobistego.
Od stopniowego uczenia się dbania o siebie.

I wtedy moje ciało zaczęło wracać do równoWAGI. Spontanicznie.

Nie wtedy, kiedy najmocniej próbowałam się kontrolować.

Tylko wtedy, kiedy przestałam się odchudzać…
a zaczęłam troszczyć o swoje potrzeby.

Dziś, po latach pracy z ludźmi (i samą sobą), wiem jedno:

Problemy z jedzeniem i masą ciała bardzo rzadko wynikają z braku wiedzy.

Bardzo często pod jedzeniem kryje się historia człowieka.
Jego emocji.
Napięcia.
Samotności.
Potrzeby ukojenia.
Potrzeby bezpieczeństwa.

I właśnie dlatego napisałam „Drogę do równowagi”.

Nie po to, żeby kogokolwiek pouczać jak ma żyć, co jeść.

Ale po to, żeby pokazać, że czasem problemem nie jest jedzenie.

„To, co dziś wygląda jak problem, kiedyś było strategią przetrwania.”

Żebyście przyjrzeli się z uważnością swoim historiom. Żebyście nie odwracali wzroku od tego, co faktycznie kryje się za problemami z odżywianiem i masą ciała. I żebyście wkroczyli odważnie na nową ścieżkę. Drogę do wolności żywieniowej i psychofizycznego dobrostanu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *